Baza dzieci do adopcji 2023. Osoby chcące adoptować dziecko, mogą przeglądać profile dzieci do adopcji na rozmaitych stronach internetowych. Na adopcję czekają zarówno dzieci z Polski, jak i całego świata. Ośrodek adopcyjny w Elblągu posiada własny katalog dzieci do adopcji, dostępny bezpośrednio w placówce. Podstawa prawna
oddam dziecko do adopcji. Przez idasmyk, Styczeń 22, 2012 w Ciąża, poród, macierzyństwo i wychowanie dzieci. Polecane posty. idasmyk 0 idasmyk 0 Zarejestrowani; 0 0 postów
Na moim koncie na Instagramie (na które was serdecznie zapraszam – psiparagraf.pl) dodałam dziś quiz – pytanie brzmiało czy hodowca może w każdej chwili odebrać psa od nabywcy. I ku mojemu zdziwieniu większość osób odpowiadających zaznaczyła odpowiedź – „hodowca zawsze może odebrać psa nabywcy”. Dlatego dziś będzie krótki wpis w tym temacie. Przyznam, że
Tłumaczenia w kontekście hasła "do adopcji" z polskiego na hiszpański od Reverso Context: dziecko do adopcji Tłumaczenie Context Korektor Synonimy Koniugacja Koniugacja Documents Słownik Collaborative Dictionary Gramatyka Expressio Reverso Corporate
Warunki adopcji . Przysposobić można osobę małoletnią, tylko dla jej dobra. W procesie adopcji najważniejsze jest dziecko. To do niego jest dobierana rodzina a nie odwrotnie. Nie oznacza to jednak umniejszania roli kandydatów na rodziców. Przygotowanie do powstania nowej rodziny przebiega zawsze z poszanowaniem obydwu stron procesu.
=====ROZWIŃ===== Cześć! Nazywam się Anna. Mam dwadzieścia lat. Około półtora roku temu dowiedziałam się, że jestem w ciąży. To był wtedy dla mnie
Oddałam moją Kasię do adopcji. Oddałam ją obcym ludziom. Dawno temu. W innym życiu. Potem starałam się o tym zapomnieć, wymazać ten fakt ze swojej pamięci. Nie miałam wtedy innego wyjścia, przynajmniej tak sobie wciąż powtarzałam.
Wiśnia ;*. Wpisujesz kod testingcheatsenabled on i z włączonym shiftem klikasz na dziecko. Wybierasz opcje "obiekt" i "usuń". :) Zobacz 18 odpowiedzi na pytanie: Jak w the sims 3 oddać dziecko do adopcji?
Rodzina zastępcza to rodzina, która przyjmuje dziecko do swojego domu i opiekuje się nim w miejsce jego biologicznych rodziców. Rodziny zastępcze mogą adoptować dzieci, które są w trudnej sytuacji, takie jak dzieci porzucone lub pozbawione opieki rodzicielskiej. Adopcja przez rodzinę zastępczą może być bardzo korzystna dla dziecka, ponieważ może ono otrzymać stabilną i
Tłumaczenia w kontekście hasła "oddasz je do adopcji" z polskiego na angielski od Reverso Context: Pomogę ci, jeśli oddasz je do adopcji. Tłumaczenie Context Korektor Synonimy Koniugacja Koniugacja Documents Słownik Collaborative Dictionary Gramatyka Expressio Reverso Corporate
tymeY0L.
Sprzedaż noworodka była dopracowana we wszystkich szczegółach. Na szczęście kobieta popełniła jeden błąd. Prokuratura już na tym etapie śledztwa nie ma wątpliwości, że w grę wchodzi postawienie zarzutów o handel ludźmi. Matka dała ogłoszenie w internecie Gdyby nie policjanci z Gdańska śledzący portale w związku z przestępczością w cyberprzestrzeni, być może ta historia miałaby tragiczny finał. Dziecko chciała kupić para mieszkająca za granicą. Wszystko było dograne jeszcze przed porodem. Biologiczni rodzice, na co dzień mieszkający pod Kwidzyniem (woj. pomorskie), jeszcze przed rozwiązaniem otrzymali 15 tys. zł. Reszta pieniędzy miała być przekazana po zrzeczeniu się przez matkę praw rodzicielskich. Nie udało się, bo na ślad przestępstwa wpadli policjanci śledzący portale internetowe. Ich czujność wzmogło ogłoszenie w sieci, z którego wynikało, że kobieta będąca w ciąży chce oddać dziecko. Kobieta wyjaśniła w nim, że wprawdzie nie może zatrzymać swojego dziecka, ale też nie chce go porzucić, w związku z czym czeka na kontakt od osób zainteresowanych ofertą. Na ogłoszenie odpowiedziała para mieszkająca poza granicami Polski. Obie strony zorganizowały spotkanie, w którym uczestniczył także konkubent kobiety w ciąży. Uzgodniono cenę - 30 tysięcy złotych oraz warunki sprzedaży. Dziecko przyszło na świat 5 marca 2018 roku. Trzy dni później zostało zarejestrowane w Urzędzie Stanu Cywilnego. Jako ojciec został podany mężczyzna, który odpowiedział na ogłoszenie. Policji udało się zapobiec wywiezieniu noworodka z kraju. Maleństwo jest teraz pod opieką rodziny zastępczej. W związku z tym Prokuratura Okręgowa w Gdańsku postawiła zarzuty obu parom biorącym udział w transakcji. Oskarża się ich o handel ludźmi, za co grożą przynajmniej 3 lata pozbawienia wolności. Biologiczni rodzice dziecka przyznali się do popełnienia zarzuconych im czynów i złożyli wyjaśnienia. Drugi z mężczyzn również przyznał się, zaprzeczył jednak, aby przekazał pieniądze. Natomiast jego partnerka nie przyznała się do popełnienia zarzuconego jej przestępstwa. Cała czwórka jest pod dozorem policji i ma zakaz opuszczania kraju. To przerażające, ale niestety informacje o handlu noworodkami co jakiś czas trafiają na czołówki serwisów informacyjnych w naszym kraju. W pod koniec marca pisałyśmy o tym, jak dziennikarskie śledztwo ujawniło przerażającą prawdę o handlu dziećmi w Polsce. Niemowlę można kupić już za 500 złotych! Dziecko można oddać do adopcji Polskie prawo przewiduje adopcję w sytuacji, gdy matka nie chce dziecka. Zgodnie z Kodeksem Rodzinnym i Opiekuńczym, zrzeczenie – tak popularnie mówi się o oddaniu dziecka do adopcji, to sądowe wyrażenie zgody przez rodziców biologicznych na przysposobienie dziecka bez wskazywania osoby przysposabiającego. Zgodę na adopcję dziecka można wyrazić najwcześniej 43 dni po jego urodzeniu (6 tygodni). Jeśli kobieta jest zdecydowana oddać dziecko do adopcji, może zgłosić się do ośrodka adopcyjnego i tam złożyć wstępną deklarację w tej sprawie. Może także wyrazić zgodę na to, aby po urodzeniu dziecko zostało umieszczone w rodzinie zastępczej do czasu złożenia zrzeczenia w sądzie i znalezienia odpowiedniej dla dziecka rodziny adopcyjnej. Jeszcze w szpitalu położniczym ma prawo poprosić, aby nie pokazywano jej dziecka po porodzie i nie przystawiano go do piersi. Możesz także poprosić personel szpitala o podanie leków zatrzymujących laktację. Będzie musiała złożyć pisemne oświadczenie, że pozostawia dziecko w szpitalu. Zapraszamy do wypełnienia ankiety dla czytelniczek Kliknij w grafikę: W polskim prawie, chociaż nie wyrażona wprost, ale dopuszczona jest tzw. adopcja ze wskazaniem, skracająca procesu adopcyjny do kilku tygodni lub miesięcy. Dzięki takiej formie adopcji dziecko trafia jak najszybciej do rodziców, którzy chcą je zaadoptować, zamiast przebywać w instytucjach opiekuńczych aż do momentu zakończenia wszelkich formalności. W tej formie adopcji rodzice biologiczni od razu wybierają rodziców adopcyjnych dla ich dziecka. Zaznaczają to we wniosku do sądu, pomijając procedury wyboru rodziców adopcyjnych dla dziecka przez instytucje opiekuńcze. Niechciana ciąża to na pewno dramat, ale sprzedaży dziecka nic nie usprawiedliwi! Trudno przejść obojętnie wobec tak niewiarygodnego zachowania rodziców dziecka. A wy jak oceniacie matki wystawiające swoje dziecko na sprzedaż? Wyraźcie swoją opinię w komentarzach! Źródło: Dziennik Bałtycki, Zobacz też: Wiosną nie ma smogu? Dość legend i mitów na temat zanieczyszczenia! Spacer z dzieckiem kontra powietrze! Sprawdź, kiedy wyjście na dwór wychodzi maluchowi na zdrowie? 10 sygnałów, że możesz mieć problemy z płodnością [WIDEO]
Paulina nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia. Oficjalne statystyki na temat dzieci, których matki zrzekły się do nich praw tuż po porodzie nie są publicznie dostępne. Niektórzy twierdzą, że to kilkaset przypadków każdego roku, inni wspominają nawet o kilku tysiącach. Najbardziej szczegółowymi danymi dysponują ośrodki adopcyjne, które do uprawomocnienia się decyzji reprezentują niechciane maleństwa. Tak właśnie stało się z córką Pauliny, która przyszła na świat pod jej nazwiskiem, ale nigdy nie była przez nią wychowywana. Wystarczyło podpisać dokumenty, urodzić i zapomnieć. Czy to w ogóle możliwe? Nasza rozmówczyni nie była zainteresowana adopcją ze wskazaniem konkretnej rodziny, nie liczyła na wdzięczność finansową ze strony nowych rodziców jej dziecka. Miała tylko jedno marzenie – dać córce szansę na normalne i pełne miłości życie. Coś, czego sama nie mogła jej w tym momencie zagwarantować. Głośno potępia wszystkie matki, które próbują zbić na tym wymierny interes. Z bólem serca czyta w Internecie kolejne ogłoszenia, w których młode dziewczyny wystawiają swoje dzieci na sprzedaż, oferując wskazanie konkretnych rodziców i licząc z tego tytułu na wsparcie. Dla niej największą pomocą było to, że mogła ją urodzić i nie martwić się o jej przyszłość. - Ktoś powie, że to nieludzkie, ale co ma zrobić kobieta, która zaszła w niechcianą ciążę i nie chce poddawać się nielegalnej i okrutnej aborcji? Czułabym się jak morderczyni. Chociaż nie mogłam sobie pozwolić na wychowanie córki, nie oznacza to, że nie zależało mi na jej dobru. Teraz na pewno ma kochającą mamę, tatę, może rodzeństwo. Ośrodek dobrze wie, jakich ludzi wybierać do tej roli – twierdzi. Od przełomowej decyzji minęły już 4 lata. - Byłam wtedy w związku, który dopiero raczkował. Poznaliśmy się przypadkiem, coś zaiskrzyło i zaczęliśmy się spotykać. Na pierwszy rzut oka wydawał się chodzącym ideałem – przystojny, wygadany, z dobrą pracą, kulturalny. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, ale wkrótce okazało się, że to chyba jednak nie to. Podejrzewałam go o zdradzanie mnie. Często gdzieś wyjeżdżał, a nawet jak był w mieście, to pojawiał się, znikał, odchodził, wracał. To nie była normalna relacja, wszyscy zastanawiali się, dlaczego wciąż przy nim jestem. Kiedy chciałam to zakończyć, wtedy dowiedziałam się, że łączy nas coś jeszcze. Noszę w sobie jego dziecko. Oszalałam z rozpaczy, bo sama ledwo stałam na nogach, w moim życiu nie było nic pewnego. Mam zaraz urodzić? Przyznać, że to jego syn lub córka? Przez dłuższy czas milczałam, ale wreszcie się dowiedział – wspomina Paulina. Nasza rozmówczyni poinformowała swojego partnera o zaistniałej sytuacji. Zareagował w najgorszy możliwy sposób, proponując jej „pozbycie się problemu”. - Skłamałabym, gdybym powiedziała, że ani przez chwilę o tym nie myślałam. Był taki moment, kiedy prawie wzięłam od niego pieniądze na zabieg. Miałabym gotówkę w ręce i za kilka dni byłoby po wszystkim. Wystarczyło zadzwonić pod odpowiedni numer, zapłacić i dać się wyskrobać. Wcześniej nie miałam podobnych rozterek. Miałam głęboko gdzieś, co mówi o tym Kościół, jak wszyscy na pokaz się oburzają. Wydawało mi się, że mogłabym to zrobić. Ale po ostatniej rozmowie wyszłam z jego mieszkania i spotkałam na klatce schodowej mamę z maleństwem w wózku. Niby nic nadzwyczajnego, ale to mi poprzestawiało w głowie – twierdzi. Więcej już go nie spotkała. Przestała też myśleć o aborcji. Rozpacz ustąpiła miejsca nadziei. - To wszystko było dziwne. Zwykłe spotkanie z młodą mamą, ale dla mnie niezwykłe. I wcale nie chodzi o to, że nagle w mojej głowie pojawiły się myśli, że mogłabym być na jej miejscu i wszystko będzie dobrze. Dalej uważałam, że to się na pewno nie uda. Tatusia nie chciałam już więcej widzieć, stałej pracy nie było, rodzina na pewno by nie zrozumiała. Ale jakimś dziwnym trafem dopadły mnie myśli, że dzidziuś może żyć. Nie ze mną, ale gdzieś będzie mu dobrze. W piątym miesiącu ciąży byłam już przekonana, że dziecko będzie moje, ale tylko do momentu narodzin. Później pójdzie w świat beze mnie. Poszłam do ośrodka adopcyjnego i wyraziłam wstępną zgodę na oddanie go. Wstępną dla nich, bo dla mnie to była już ostateczność – opowiada Paulina. Nasza bohaterka została poinformowana o prawach, które wciąż jej przysługują. Dziecko zostanie wpisane do rejestru, rozpocznie się poszukiwanie dla niego nowej rodziny, ale możliwa jest jeszcze zmiana decyzji. Od porodu do pełnego zrzeczenia się praw mijają dokładnie 43 dni. To 6 tygodni, w czasie których matka może się bez żadnych konsekwencji wycofać. Zabrać maleństwo ze sobą i wymazać wszystko, co łączyło ją z ośrodkiem adopcyjnym. - Może to dziwnie zabrzmi, ale wtedy wolałam, żeby tego czasu nie było. Wiadomo, jak działają hormony i mogłabym w nieodpowiedzialny sposób zmienić decyzję. To się na szczęście nie stało – wspomina. - Tatuś przestał dla nas istnieć, więc musiałam sobie radzić sama. Najgorsze było to, że nie mogłam zniknąć zupełnie bez śladu. Akt urodzenia musiał zostać wystawiony na mnie. Nie meldowałam córki pod swoim adresem. I tak był tymczasowy. Nie nadałam jej też imienia. Nie ujawniłam danych ojca. O całej reszcie mieli decydować urzędnicy i nowi rodzice. Ja też miałam jeszcze szansę, bo przez kilka tygodni kobieta może stwierdzić, że się pomyliła, że to nie tak i zabrać dziecko ze sobą. Poród przebiegł bardzo sprawnie, wcale nie musiałam się bić z myślami. Wtedy byłam już przekonana, że to dobra droga. Gdybym zaczęła się nad tym zastanawiać dopiero po narodzinach córki, wtedy mogłoby być różnie. Ważne było to, że zgłosiłam taką chęć dużo wcześniej – twierdzi. Paulina przebywała w szpitalu 3 dni. Po wszystkim zabrała swoje rzeczy i wyszła. Tak, jak każda inna pacjentka po wyleczeniu choroby. Różnica polega na tym, że w szpitalu nie zostawiła swoich dolegliwości, ale dziecko. Córka została przeniesiona do ośrodka pre-adopcyjnego, gdzie czekała na spełnienie reszty formalności. Po sześciu tygodniach w budynku sądu rodzinnego było już po wszystkim. - Będę szczera – ulżyło mi. Nie w sensie, że pozbyłam się problemu i jestem wolna. Raczej w takim, że wybrałam najbardziej rozsądne wyjście i córka ma przed sobą normalną przyszłość – wspomina Paulina. - Zdarzają się noce, kiedy w snach przypominam sobie poród. Czasami idąc przez miasto widzę małe dzieci i zastanawiam się, czy któreś z nich nie jest moje. Psycholog z ośrodka twierdzi, że to zupełnie normalne. Ale wyrzutów sumienia na pewno nie mam. Z czasem w życiu jeszcze bardziej mi się popsuło. Zmarła moja mama, przez rok byłam na bezrobociu, w pobliżu żadnego rozsądnego faceta. Czy tak samo byłoby wtedy, gdybym miała pod opieką dziecko? Mogłoby być jeszcze gorzej. Ona ma dzisiaj 4 lata. Na pewno trafiła na wspaniałych rodziców, może chodzi do przedszkola, ma rodzeństwo. To zdecydowanie lepsza opcja, niż samotna mama, której na razie niewiele w życiu wyszło – twierdzi. - Oczywiście, nie udało się wszystkiego zatuszować i niektórzy nie dają mi zapomnieć. Tata wie o wszystkim, dalsi znajomi zostali okłamani, że straciłam dziecko. Ciąży nie ukryłam, córkę już tak. Trudno powiedzieć, żeby była z siebie dumna, ale kiedy tak to analizuję, wtedy wiem, że to wszystko miało jednak sens. Jeśli jesteś kobietą i masz do wyboru zamordować lub dać szansę na normalne życie, to nie powinnaś się wahać. Życie jest zawsze lepszym wyborem – przekonuje Paulina. Nasza bohaterka rozpoczęła niedawno nowy związek. Czy kiedyś chciałaby zostać matką? - Oczywiście, że tak. Na razie robię wszystko, żeby nie musieć się nad tym zastanawiać. Wpadka po prostu nie wchodzi w grę. Mój partner nie wie o mojej przeszłości i nie powinien się dowiedzieć. Jeśli coś z tego wyjdzie, a życie zacznie się układać, to będę chciała zajść w ciążę, urodzić i wychować. Wydarzenia sprzed kilku lat nie sprawiły, że czuję się jak potwór w ludzkiej skórze. Nie zrobiłam niczego złego. Gdybym uległa namowie tamtego faceta, to dzisiaj nie mogłabym szukać swojego dziecka nawet na cmentarzu. Wylądowałoby w kanalizacji jakiegoś obskurnego gabinetu. Wolę żyć nadzieją, że córka jest gdzieś niedaleko i ma powodu do tego, by się szczerze uśmiechać. To mnie uskrzydla – przekonuje. Co myślicie o jej decyzji? Paulina pochodzi z dużego miasta, gdzie teoretycznie najłatwiej poradzić sobie z niechcianą ciążą. Rozbudowana pomoc społeczna pomoże w zapewnieniu mu godnego życia. Organizacje pozarządowe zapewnią wsparcie innego typu. - Dzisiaj wiem, że to nie koniec świata. Córka być może byłaby przy mnie i nie umarłybyśmy z głodu, ale co to za życie? Tu nie chodziło tylko o moją biedę, ale zwykłe nieprzygotowanie do tej roli. Tutaj nic się nie zmieniło, bo nadal twierdzę, że nie nadaję się na matkę. Ale ciąża była i trzeba było działać. Ryzykować, czy zapewnię maleństwu byt i będę potrafiła je pokochać, czy od razu spróbować się odciąć i liczyć na miłość innych. Jestem przekonana, że dobrze zrobiłam – mówi nasza bohaterka. - To oczywiste, że do dzisiaj o niej myślę. Widziałam ją tylko przez chwilę po narodzinach. Była częścią mnie, dostała moje nazwisko. Z tego niewiele pozostało. Ma nową mamę, inne dane osobowe. Już nie możemy się spotkać, nie jestem w stanie niczego odkręcić. Klamka zapadła i albo umrę z wyrzutów sumienia, albo też zacznę normalnie żyć. Z tą normalnością nadal jest trudno, ale jestem przekonana, że tak po prostu musiało się stać. Dałam szczęście nie tylko jej, ale także kochającym się ludziom, którzy w inny sposób nie mogli zostać rodzicami. Zrobiłam dużo dobrego dla nich. A czy dla siebie? Pojawiają się wątpliwości, ale nie trwają zbyt długo – twierdzi. W rozmowie z nami opowiada o tym, co wydarzyło się niemal dokładnie 5 lat temu. Ta strona używa plików cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies. Nie pokazuj więcej tego powiadomienia
fot. Adobe Stock Z gabinetu lekarskiego wyszłam na miękkich nogach. Zachwiałam się i musiałam oprzeć o ścianę, żeby nie upaść. Usiadłam na plastikowym krzesełku i zapatrzyłam się w białe drzwi, za którymi usłyszałam wyrok. – Białaczka – lekarz powiedział wprost. – Przykro mi. Nie ukrywał, że leczenie będzie długie i ciężkie, ale dał nam też nadzieję. – To dopiero wczesne stadium. Mieliśmy szczęście, że tak szybko ją wykryliśmy. Jest duża szansa, że chemioterapia da pozytywny efekt w postaci remisji, ale pomimo to potrzebny będzie przeszczep szpiku. – Od kogo? – zapytałam. Mój szesnastoletni syn siedział obok, blady i niezdolny wydusić słowa. – Najczęściej od kogoś z rodziny. Zrobimy testy i sprawdzimy, czy pani lub pani mąż możecie być dawcami. Teraz siedziałam na tym plastikowym krześle, a syn stał nade mną. – Mamo? – Usiądź, Janku. Posłusznie zajął sąsiednie krzesło i patrzył na mnie wystraszony. – Słuchaj, damy radę – powiedziałam, pilnując, by mój głos brzmiał pewnie. Milczał, więc kontynuowałam: – Przejdziemy przez to. Zrobimy chemioterapię i będzie dobrze. – Mamo… – Tak, synku? – Boję się. – Wiem, kochanie – objęłam go mocno. – Ale będzie dobrze, zobaczysz. Janek się bał i doskonale go rozumiałam Sama byłam przerażona, ale starałam się tego nie okazywać. Jak można zaakceptować coś takiego? Nie martwić się, nie bać i wierzyć niezłomnie, że wszystko będzie dobrze? Ja nie umiałam. Wciąż wieszczyłam najczarniejsze scenariusze. Na szczęście leczenie rozpoczęło się szybko. Marek oczywiście wspierał nas z całych sił. On też się bał o Janka i tak samo jak ja próbował tego nie pokazywać. Z tą różnicą, że ja swój lęk ukrywałam przed synem, a mój mąż przed nami obojgiem. Pewnie uważał, że facet, który ma być oparciem dla rodziny, nie może się chwiać. Ale ja wiedziałam, że w nocy nie śpi, raz czy dwa słyszałam też stłumiony płacz. Nie reagowałam. Nie wiedziałam jak ani czy on by sobie tego życzył. Nie miałam wyboru… Rodzice mnie zmusili Terapia początkowo dawała dobre rezultaty. Nowotwór się zatrzymał, potem zaczął się cofać. W tym czasie ja i mój mąż zrobiliśmy testy. Lekarz wezwał nas, gdy przyszły wyniki. – Nie będę państwa okłamywał… Serce mi stanęło, bo już wiedziałam, co chce powiedzieć. – Żadne z państwa nie może być dawcą szpiku dla syna. Zapadła cisza, którą w końcu przerwał mój mąż: – Jakie mamy opcje? – Wpiszemy go na listę oczekujących na przeszczep, przeszukamy bazę danych dawców. Możemy mieć tylko nadzieję, że znajdzie się ktoś pasujący. – A jeśli nie? – Chemioterapia to nie jest stałe rozwiązanie. Powstrzyma rozwój nowotworu, doprowadzi do jego regresji, ale nie zastąpi przeszczepu. – Czyli jest konieczny, tak? – Najlepiej od brata lub siostry. – Niestety, Janek nie ma rodzeństwa. – Ma… – szepnęłam. – Słucham? – mąż spojrzał na mnie. – Ma brata – powtórzyłam głośniej. Lekarz popatrzył kolejno na mnie i męża, w końcu rzekł: – Może państwo przedyskutują sytuację na spokojnie i wrócą do mnie, gdy wszystko się wyjaśni. Marek nie odzywał się do mnie przez całą drogę do domu. Nie próbowałam z nim rozmawiać. Dopiero gdy zamknęły się za nami drzwi, zapytał: – O czym nie wiem? Nie było delikatnego sposobu, żeby mu o tym powiedzieć… – Mam drugiego syna – wyznałam po prostu. – Ma teraz o cztery lata więcej, niż miałam ja, gdy go urodziłam. – Czyli? – Dwadzieścia. – Chcesz mi powiedzieć, że miałaś dziecko w wieku szesnastu lat? Wzruszyłam ramionami. – Pierwszy chłopak, pierwszy raz, wpadka… Rodzice nie pozostawili mi wyboru, musiałam go oddać. – Boże… – Marek chodził w kółko po pokoju, próbując zebrać myśli. – Rozumiesz, że on może być jedyną szansą dla Janka? Kiwnęłam głową. – Wiem, że to dla ciebie bolesne, ale… – Tak. Muszę go odnaleźć. Musiałam. Dla Janka Wiedziałam to już w chwili, gdy doktor powiedział, że żadne z nas nie może być dawcą. – Pomogę ci – zapewnił Marek. – Wiem. Następnego ranka pojechałam do rodziców. Bałam się tego spotkania. Zwłaszcza ojca. Był człowiekiem, któremu trudno odmówić. To on przed laty zdecydował, że muszę oddać dziecko. Matka ślepo wykonywała jego wolę, jak zawsze zresztą. Zadzwoniłam do drzwi. Otworzył ojciec. Nic nie mówił, patrzył tylko na mnie, a ja znów poczułam się jak mała dziewczynka. Nie widziałam się z rodzicami, odkąd zdałam maturę. – Cześć – powiedziałam, powtarzając w myślach, że jestem już dorosłą kobietą, a nie zahukaną nastolatką. – Ala… – mama stanęła w progu, zaglądając ojcu przez ramię. Przecisnęła się obok niego i wzięła mnie w objęcia. Oczywiście chciała od razu wszystko wiedzieć o moim życiu. No więc opowiedziałam. Gdy doszłam do momentu, w którym dowiedzieliśmy się o chorobie Janka, ojciec zapytał: – Po co przyjechałaś? Jak zwykle prosto z mostu. – Po dokumenty adopcyjne. Mój pierworodny jest jedyną szansą ratunku dla Janka. Ojciec przez chwilę nic nie mówił, po czym rzucił w stronę matki: – Przynieś. Po chwili pojawiło się przede mną stare pudełko po butach. Łatwo poszło. W środku były dokumenty z agencji adopcyjnej i… zdjęcie. Na widok małego bobasa, którego widziałam ostatnio dwadzieścia lat temu, łzy napłynęły mi do oczu. – Wiedziałem, że kiedyś będziesz chciała go odszukać – powiedział ojciec dziwnie cicho. – Zrobiłem to zdjęcie w dniu, kiedy… Nie zdołał dokończyć. Rzuciłam mu się w ramiona i mocno uścisnęłam. Jeszcze tego samego dnia pojechałam do agencji adopcyjnej, w której mój chłopiec znalazł nową rodzinę. Dyrektorka placówki nie była mi przychylna, póki nie powiedziałam, jaka jest stawka. Przez chwilę rozważała możliwości, w końcu powiedziała: – Proszę zaczekać. Wyszła i wróciła po kilku minutach, niosąc cienką teczkę. Położyła ją na swoim biurku. – Nie powinnam… – popatrzyła na mnie znacząco; potem znów wyszła. Otworzyła mi miła kobieta koło pięćdziesiątki Zrozumiałam, że nie mogła mi podać danych wprost, ale nie mogła zapobiec temu, że samowolnie zajrzę do dokumentów pozostawionych na biurku. Szybko odnalazłam stronę z danymi osobowymi małżeństwa, które zaadoptowało mojego syna. Był też ich ówczesny adres oraz fotografie. Mężczyzna i kobieta wyglądali na sympatycznych. Widziałam też zdjęcie dziecka. Wyraźnie urósł. Zastanawiałam się, ile czasu spędził w tym ośrodku, nim znalazł nową rodzinę. Ogarnęły mnie wyrzuty sumienia. Mogłam walczyć! Powinnam była walczyć! Otrząsnęłam się. Nie czas na takie rozważania. Wyjęłam smartfona, sfotografowałam interesujące mnie dokumenty, zamknęłam teczkę i wyszłam z biura. Dyrektorka stała przy biurku sekretarki. – Powodzenia – powiedziała. W domu podzieliłam się wszystkimi myślami z mężem. – Nie miałaś wyjścia – rzucił. – Byłaś nastolatką zależną od rodziców. – Wiem, ale jednak… – Hej. On zrozumie. Spokojnie. Odnosił się do momentu, kiedy stanę oko w oko z moim synem. Z dokumentów wynikało, że ma na imię Wojtek. Kto mu je dał? Mój ojciec, gdy zostawiał go w ośrodku? Urzędnicy? Czy przybrani rodzice? – Mam pojechać z tobą? – Nie. Muszę to załatwić sama. Z Jankiem było coraz gorzej. Chemioterapia zatrzymała rozwój nowotworu, ale też strasznie wyniszczyła mojego syna. Przeraźliwie schudł, stracił włosy. Opowiedziałam mu o bracie, żeby dodać mu otuchy. – Pomoże mi? – zapytał. – Tak – odparłam, choć nie byłam tego pewna. – Pomoże. Na drugi dzień wsiadłam w pociąg, który miał mnie zawieźć do Wrocławia, gdzie według dokumentów mieszkali przybrani rodzice Wojtka. Mogli się przeprowadzić, ale innego tropu nie miałam. W trakcie podróży ogarniały mnie na przemian na euforia i paniczny strach. Jak wygląda? Jak zareaguje na mój widok? Czy w ogóle tam mieszka? Gdy już dotarłam do Wrocławia, wzięłam taksówkę. Po dziesięciu minutach stałam przed blokiem, jakich wiele w każdym mieście. Kilkupiętrowa wielka płyta, szara i nieco zaniedbana. Z bijącym szybko sercem wybrałam numer mieszkania na tabliczce domofonu. Serce jeszcze bardziej przyśpieszyło, gdy odezwał się kobiecy głos: – Słucham? I co ja miałam teraz powiedzieć? Nie przemyślałam tego, nie byłam przygotowana i sparaliżował mnie strach. – Halo? – odezwała się znów kobieta. Musiałam się przemóc. – Dzień dobry – zaczęłam niezręcznie. – Nie zna mnie pani, ale… Ale musimy porozmawiać. Przez chwilę kobieta się nie odzywała i myślałam już, że odwiesiła słuchawkę, ale w końcu powiedziała: – Proszę wejść. Rozbrzmiał brzęczyk, pchnęłam drzwi i niemal wbiegłam po schodach. Stanęłam przed drzwiami. Nim zdążyłam zapukać, szczęknął zamek i w progu ujrzałam na oko pięćdziesięcioletnią kobietę. Gestem zaprosiła mnie do środka. – Napije się pani czegoś? – zapytała. Zdziwiła mnie tym pytaniem. – Nie, dziękuję – odparłam. – Pani mnie nie zna, ale… – Jest pani matką Wojtka – dokończyła za mnie. – Tą biologiczną. Wiem, domyśliłam się. Kompletnie zbiła mnie z tropu. Zaprowadziła mnie do pokoju. Dyskretnie rozejrzałam się wokół. Czysto, schludnie, przytulnie. – Zawsze wiedziałam, że ten moment nadejdzie – wyznała. – Szczerze mówiąc, dziwię się, że dopiero teraz. Przy okazji – mam na imię Helena. – Alicja – wybąkałam. – Na pewno chce pani wiedzieć wszystko o Wojtku. Chciałam. Zgodził się natychmiast Nie wahał się ani sekundy Helena i jej mąż Stefan nie mogli mieć własnych dzieci, dlatego zdecydowali się na adopcję. Stefan kilka lat temu zmarł. Wojtek studiuje, ma dziewczynę. Ogólnie wiedzie mu się dobrze. – Powinien niedługo wrócić – powiedziała Helena. – Pokażę pani zdjęcia. – Lepiej nie… Zaczekam. – Wojtek wie, że jest adoptowany. Powiedzieliśmy mu, gdy miał szesnaście lat. Myśleliśmy, że może będzie chciał poznać prawdziwych rodziców. – Nie jestem z jego ojcem. Nie wiem, co się z nim dzieje. – Rozumiem. Pewnie pomyślała: „wpadka”. I nie pomyliła się. Młodzieńczy wygłup ze starszym facetem, który potem zniknął z mojego życia. Otworzyły się drzwi wejściowe. – O, wrócił – powiedziała Helena. Niebawem w pokoju pojawił się młody… no cóż, mężczyzna. Wysoki brunet, szczupły. Wstałam i okazało się, że jest wyższy ode mnie. – Mamo…? – zapytał, patrząc to na Helenę, to na mnie. – Wojtusiu, kochanie, to jest… – zaczęła kobieta. – Alicja – weszłam jej w słowo. – Jestem twoją matką. W pokoju zapadła ciężka, niezręczna cisza. Zrobiło mi się gorąco. – Co tu robisz? – Wojtek zwrócił się bezpośrednio do mnie. – Zostawię was samych – stwierdziła pośpiesznie Helena. – Na pewno macie wiele do omówienia. – Co tutaj robisz? – powtórzył Wojtek, gdy wyszła. – Musiałam cię odnaleźć. – Dlaczego? Dlaczego teraz? Opowiedziałam mu więc wszystko. Opowiedziałam mu o tym, dlaczego go oddałam, jak wyszłam w końcu za mąż, i że urodziłam Janka, który teraz zachorował na białaczkę. – Więc to dlatego – mruknął. – Odnalazłaś mnie, bo twój drugi syn umiera i potrzebuje przeszczepu. Nazwał rzecz po imieniu, a ja nie mogłam zaprotestować. Łzy napłynęły mi do oczu. – Nie było dnia, żebym o tobie nie myślała, naprawdę. Nie chciałam cię oddawać, ale nie miałam wyboru. Zostałam zmuszona. – Zawsze jest wybór. – To były trochę inne czasy… – Taaa, jasne… Ale czekałaś dwadzieścia lat, żeby mnie odszukać. I zdecydowałaś się tylko dlatego, że czegoś potrzebujesz. – Zgadza się, przyznaję… Tak naprawdę w ogóle nie chciałam pojawiać się w twoim życiu. Masz kochającą mamę, ułożone wszystko. Nie chciałam tego burzyć. Mogłeś przecież nie wiedzieć o adopcji. Ale potrzebuję cię teraz. Więc błagam, abyś się zgodził. Czy oddasz Jankowi szpik? – Oczywiście – Wojtek nie zawahał się ani na moment. – Jak mógłbym tego nie zrobić? Ale zrobię to ze względu na niego, nie na ciebie. Zostaw mamie namiary – powiedział jeszcze, nim wyszedł. Zabieg wyznaczono na kolejny tydzień. Wojtek zjawił się punktualnie. Wszedł do sali, w której leżał Janek. – Cześć – powiedział z uśmiechem. – Jestem twoim bratem. – Cześć – odparł Janek i też się uśmiechnął. – Fajnie, że jesteś. – Po wszystkim… – zaczął mój mąż. – Mamy nadzieję, że nie wyjedziesz od razu, że zostaniesz na jakiś czas… Wojtek pokręcił głową. – Nie teraz. Kiedyś przyjadę, ale jeszcze nie teraz. Rozumiałam go. I będę czekała. Czytaj więcej prawdziwych historii:Nie bawi mnie bycie babcią. Nie dla mnie niańczenie 4-latkiMój 13-letni syn ma konto na portalu erotycznymGdy mój mąż umierał, odkryłam że ma romans